"Włoskie tango i jazzowe kociokwiki" 

Byli jazzmani z Włoch, Austrii, Cypru i świetna reprezentacja polskiej muzyki ze znakomitą Urszulą Dudziak na czele. W sobotę odbyła się udana Krakowska Noc Jazzu.

Krakowska Noc Jazzu to koncertowy odprysk Letniego Festiwalu Jazzowego w Piwnicy pod Baranami. Idea przedsięwzięcia jest prosta: tak samo jak przy Nocy Muzeów czy Nocy Teatrów, chodzi o wyjście z muzyką jazzową z ciasnych zadymionych knajpek w plener. Skutecznie - równocześnie na dwóch krakowskich placach (pl. Szczepański i pl. Nowy na Kazimierzu) zaproszonych zespołów słuchało blisko dziesięć tysięcy osób.

- Chociaż pierwsza edycja imprezy nazywała się Krakowską Nocą Jazzu Europejskiego, nie mamy wcale zamiaru rezygnować z zespołów o światowej renomie - mówił Witold Wnuk, główny organizator przedsięwzięcia.

Tym razem trzeba przyznać, że Wnuk nie przesadził. Poprzednia edycja zarezerwowana była dla wykonawców od lat obecnych na Letnim Festiwalu Jazzowym - z Jarosławem Śmietaną, Markiem Bałatą i Wojciechem Karolakiem w pierwszej kolejności - gdzie więcej było muzycznego kolesiostwa, niż próby zmierzenia się z jazzem szerzej nieznanym polskiej publiczności. Tegoroczna odsłona imprezy odbyła się niemal wyłącznie z udziałem zagranicznych artystów. Poza dwoma wyjątkami: na dachu okrąglaka wystąpiła krakowska formacja Funk de Nite z Bryanem Corbettem z US3, z kolei na placu Szczepańskim świetna Urszula Dudziak z zespołem.

- Bałam się o pogodę, ale mam to chyba po matce. Kiedy ona wieszała pranie, wiadomo było, że nie będzie padać. Kiedy ja gram, to jeszcze przychodzą tłumy - żartowała artystka ze sceny.

Żarty żartami, ale zgromadzeni przy obu scenach nie mogli narzekać. Funk de Nite zagrało dziarski jazz, chwilami przypominający to, do czego zdążył nas przyzwyczaić Corbett ze swoją macierzystą formacją - kolaż zsamplowanych i przetworzonych przez elektronikę melodii doskonale znanych z repertuaru jazzowych klasyków. Dudziak popisywała się ekwilibrystyką wokalną i bawiła własnym dorobkiem. Nie zabrakło "Nowojorskiego bacy" Michała Urbaniaka, "Papai" czy kompozycji Jana Smoczyńskiego o roboczej nazwie "Wróbelki". No i luzu, którym Dudziak zarażała wszystkich.

- Kiedyś córka zapytała mnie, czy nie mogłabym śpiewać normalnie - mówiła artystka. - Ale wiecie, to tak jak w "Gazecie" dzisiaj było: nie czuję obciachu i nawet ojciec skapitulował, stwierdzając po latach, że polubił te moje kociokwiki.

Ale nie samym występem Urszuli Dudziak Krakowska Noc Jazzu stała. Tego samego wieczoru zaprezentowali się jeszcze Norwegowie z The Core czy Austriacy z tria Alexa Deutscha. Dla odmiany stylowe granie zaprezentował francuski zespół Bertrand Ravalard Quartet zafascynowany twórczością Krzysztofa Komedy i Andrzeja Trzaskowskiego, a także włoski zespół Nuevo Tango Ensamble. Mało? No to proszę - kto nie miał dość muzycznych wrażeń, mógł się przenieść do sześciu krakowskich knajpek, gdzie do późnych godzin trwały jam sessions zaproszonych muzyków.

Niby zabrakło wielkich zagranicznych nazwisk, poważnych deklaracji i intensywnej promocji, ale to dobry sygnał. Już od dawna nie traktujemy w Krakowie przyjazdu zagranicznych formacji jazzowych jak świętego daru z nieba, który spadł na wyjałowioną ziemię krakowską. Tutaj obecność światowych i europejskich wykonawców to oczywista sprawa. Podobne nastawienie przydałoby się organizatorom wielkich popowych spędów w Krakowie czy twórcom takich potworków, jak Aleja Gwiazd z tablicami Budki Suflera czy Celine Dion wmurowanymi w beton na bulwarach wiślanych.

Mariusz Wiatrak